Fear knocked at the door, trust opened it, and nobody was there.
Proces kupowania domu wciąż trwa, proces wchodzenia wgłąb oceanu wciąż trwa, proces schodzenia na najniższe pokłady mnie... Co jest dobre, co jest wspierające, a co nie, czy przekładnie daty kupienia domu jest "dobre" czy też są to "demony", które hamują nasze marzenia przed urzeczywistnieniem? Czy to, że ludzie zasiedlają wyspę jest dobre...? Śmieci na plaży... czy człowiek niszczy przyrodę i planetę? Czy człowiek jest dobry? Czy przyroda jest dobra? Czy ocean nas pochłonie i nie będzie miał skrupułów. Utonięcie w oceanie, stracenie wszystkiego, czy jest dobre? Czy to są lekcje? Czy mamy coś "wyciągnąć z każdej sytuacji, czegoś się nauczyć, czy to są wyzwania, czy też po prostu SĄ. Czy kiedy kupię domo będę w ekstazie, czy też będę się martwić jak go ogrzać, jaką szczotkę kupić, jaki piecyk, czy wystarczy mi pieniędzy na grzejnik, czy na lampkę gazową... Zmartwienia, zmartwieni, zmartwienia. Dwayne powiedział parę dni temu, że napisze komedię o sobie. W scenariuszu będzie Filip. Będzie siedział cały czas przed komputerem i mama, mama będzie się martwić. Czy ja się stale martwię, czy nie mogę choć na chwilę uwolnić się od martwienia się, myślenia do zrobić jutro, potem, oceniania co jest dobre, a co nie, czego chcę, a czego nie chcę, przed czym się uchronić, a co jest dla mnie wspierające...? Czy nie mogę choć na chwilę po prostu być i przyjmować wszytko takie jakie jest bez oceniania. Podstawowa zasada medytacji. A mój umysł gania jak nigdy dotąd, a może też bardziej to widzę. Wpatruję się w zachodzące słońce i promienie przeświecające przez chmury. Biorę oddech i na chwilę jestem, na chwile pamiętam kim jestem i te wszystkie "bardzo" ważne sprawy przestają istnieć. Modlę się i proszę duchy przyrody o wsparcie. Czy to, że ten proces tak długo trwa jest wsparciem, czy ostrzeżeniem... Jak to odczytać, tyle zagadek. Decyduję się na czekanie i nie działanie. Tak zrozumiałam I Chinga, ale to tylko jedna z interpretacji, moja interpretacja, która jest wygodna na tę chwilę. Zbiła się lampa naftowa, którą kopiłam dwa dni temu. Byłam tak szczęśliwa, że będziemy mieć światło. I znowu lekcja... hmm... nietrwałości wszystkiego, albo żeby nie wyprzedzać losu i nie kupować rzeczy "za wczasu"... Czy to są cały czas lekcje? Jakoś tak mi trudno przyjąć koncepcję, że to wszytko to jedna wielka szkoła. Czy to nie jest wygodne wytłumaczenie? Wytłumaczenie żeby jakoś przetrwać w tym nie przewidywalnym świecie? Śmierć jest nie przewidywana i wszystko jest nieprzewidywalne. I to jest chyba to co mówił Budda, jeśli w ogóle ktoś taki istniał. Że cierpimy bo mamy jakieś wyobrażenia. Potem wszystko jest inaczej i klapa. I chciałabym napisać, że jest pięknie, ale to właśnie jest tym głębokim pokładem, do którego się dziś dokopałam. Nie ma nic pięknego, wzniosłego, zachwycającego, ekscytującego i brzydkiego, złego, obrzydliwego. Wszytko jest takie jakie jest. Coś chcę , a czegoś nie, coś interpretuję jako dobre dla mnie a coś innego jako nie dobre, ale tak na prawdę nie wiem co jest dla mnie dobre, a co nie w szerszej perspektywie. To, że coś jest dobre na ten moment i z tej perspektywy, wcale nie znaczy że będzie dobre na dłużej, albo jutro albo z innej perspektywy postrzegania. Tak więc trwam, przyglądam się, patrzę i pozwalam aby moje neurotyczne wkręty i lękowe zabezpieczanie i planowanie też były i żeby było słońce i czekanie, i śmieci na plaży i falujący srebrzysty ocean. I wszystko to jest we mnie i wymiarze duchowym, w którym sprawy tego świata są nie ważne, a drogą do światła jest tylko MIŁOŚĆ. Może umarłam i wszyscy którzy tu jesteśmy na wyspie mgieł to duchy. Może to jest raj, może czyściec, a może piekło. Może to ja decyduje gdzie jestem... może to ta ostania i jedyna lekcja.
